wtorek, 5 marca 2013

Bez rosołu oka nie będzie

Rodzice odsypiają na kanapie. Pod każdym numerem zameldowania ciśnie się na usta śmiech.
Szyderczy śmiech, szalony śmiech, szczęśliwy śmiech, świrnięty szmiech, jak szyja podciętego łabędzia.

Przychodzi wielkimi krokami czas, że się śmiać odechce, zręczniej będzie amputować paszczę,
niż udawać konia na biegunach, albo wańkę wstańkę.

Proszę nie owijać w bawełnę, wysiłek fizyczny wyklucza dystans do spraw ducha, formy i frędzli. Upleciemy patchwork, śpiewała mi mama, wszystko pozszywamy ze wszystkim i będzie kawał całej narzutki na tapczan albo na oczy.

Pociągniemy ten wóz. Policzymy oprawców, albo policzymy się z nimi. Nadstawimy wszystkie policzki
i odgarniemy z nich lok, takim gestem niezależnym, jak mandarynka
w chropowatej skórce, albo chory jeż na bezdechu skaczący pod auto.

2 komentarze:

  1. To jest kawał dobrego tekstu. Z szacunkiem Cie czytam, on narasta:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojej to się cieszę, że tekst Ci przypasował, ja ostatnio jakoś mniej piszę, nie wiem, albo nie mam głowy do tego, albo przesilenie wiosenne :)

    Pozdrawiam MrsD

    Ps. A za szacun osobne dzięki:)

    OdpowiedzUsuń